Jan Charewicz

Jan Charewicz pochodził w Wileńszczyzny, gdzie przeżył okupację sowiecką i niemiecką. Relacja zaczyna się w roku 1941, kończy na 1945 kiedy wstąpił do 1 Armii Wojska Polskiego, a następnie osiedlił się we Wrocławiu. Był członkiem Armii Krajowej od 1944 roku, był świadkiem sowieckich represji wobec polskich środowisk niepodległościowych. W relacji pojawiają się wzmianki o bitwach wojsk AK z Armią Czerwoną, a także o ich współdziałaniu przy wyzwalaniu Wilna w lipcu 1944 roku (operacja „Ostra Brama”).

Kategorie:
wojny i bitwy: działania partyzanckie, działania UPA

[Był – P.R.] marzec 1941 roku. Jestem z mamą i siostrą w miasteczku Niemenczyn [1], ok. 40 km od Wilna. Byłem z chłopakami, gdzieś tam biegałem po ulicy, bawiłem się. Wracam do mieszkania, myśmy mieszkali kątem u jednej pani sierżantowej. Pani sierżantowa mówi: „Uciekaj, bo mamę aresztowali, wywieźli do Wilna”. „To gdzie mam uciekać”? „Biegnij do księdza, na plebanię”. Przyszedłem na plebanię i tłumaczę księdzu, że jest tak i tak. Wziął mnie do siebie, w jednym pokoiku siedziałem parę dni. Któregoś dnia przychodzi chłopak i mówi: „Słuchaj, możesz już wracać. Już jest mama”. Przychodzę, rzeczywiście mama jest. To było około południa. Pokręciliśmy się, mama pakuje węzełek, co tam jeszcze mieliśmy ze sobą. Zmrok, do lasu. No dobrze, a co w lesie? Znaleźliśmy szopę, jakieś siano tam było. Przenocowaliśmy tam. Następnego dnia poszliśmy do majątku Czerwony Dwór. Tam było kilku właścicieli, tam była gorzelnia, był browar. Poszliśmy do pani Rutkowskiej, starszej pani. Ona nas przygarnęła. Tzn. mama została tam gospodynią, siostra zajmowała się chlewem, no a ja później, jak wiosna przyszła, zostałem pastuchem. Któregoś dnia, to był chyba czerwiec, wygnałem krowy na pastwisko na pagórku. Była chyba 10 rano, patrzę, od Niemenczyna jakieś cztery ciężarówki jadą. To ja pojechałem w stronę majątku i za godzinę wracają. Pełno ludzi na tych ciężarówkach jest. Pojechali w kierunku Niemenczyna. Zbliżało się południe, więc zawsze spędzałem krowy na południowy udój i ze względu na bąki, które cięły te krowy. Przypędziłem krowy do obory. Mama cała się trzęsie. Pytam się, mamo, co było? A przyjechali, wszystkich, jakieś listy mieli już przygotowane, ludzi pozabierali. Pytają się mamy, a ty kto jesteś? Mama mówi: „Jestem tutaj gospodynią, tu pracuję”. „No to zostawaj, ten majątek będzie twój, bo ty jesteś czarnorobocza”. Siostra koło świń chodzi od rana, to zostawajcie tu teraz. To już będzie wasza własność”. Zbliża się wieczór, mama już wiedziała, co to znaczy: że za parę dni przyjadą znów. No i znowu: węzełek pod pachę i wieczorem do lasu. Aż doszliśmy do jakiegoś chłopaka. Miał gospodarstwo: dwie krowy, parę hektarów ziemi. Był sam, bo matka – wdowa wyszła drugi raz za mąż. Tam byliśmy aż do przyjścia Niemców. I tak mama wymigiwała się bolszewikom. A dlaczego mamę wypuścili? Trzymali mamę trzy dni, mówili, że ojciec gdzieś się tutaj ukrywa, jest oficerem, że my jesteśmy „pomieszczykami”, że mamy kamienicę w Wilnie, i że mama musi podpisać zobowiązanie, że będzie śledziła, gdzie się polscy oficerowie ukrywają. To mama zobaczyła, że nie ma wyjścia, podpisała to. Wróciła do Niemenczyna i uciekliśmy. W ten sposób mama odczepiła się od nich na zawsze.

Kwiecień 1944 r.
Jerzy zjawił się w majątku Punżanki [2], średniego wzrostu, żylasty, brunet, kręcone włosy. Objął stanowisko pomocnika rządcy. Ze mną chodził na ryby. Na dole pod dworkiem było jezioro Stawiszcze [3]. Siatkę brał, mówił: „Ty Janek, chodź na ryby”. Razem nieraz i samogonkę pędziliśmy. Przypatrywał mi się i mówi: „Ty, Janek, jesteś synem polskiego oficera”. „Ojciec jest w niewoli?”. Tak. „Chcesz walczyć o Polskę?”. Tak. W tym dworku nic nie było, bo jak Sowieci przyszli, to wszystko wygrabione było. Jakiegoś chłopaka posłał do fornala [4], żeby przyniósł krucyfiks. Ten chłopak przyniósł krucyfiks. Złożyłem tę przysięgę i przyjąłem pseudonim „Sęczek”. Był już czerwiec 1944 r. Jerzy przyniósł kiedyś pistolet parabellum [5]. Oddział AK „Żejmiana” na tym terenie działał [6]. Żejmiana to taka rzeczka była, od Podbrodzia [7]. Chłopaków z oddziału znałem, tylko oni nie wiedzieli, kim ja jestem. Bo ja tam na bosaka ganiałem, a oni o kilka lat starsi byli ode mnie. No i przyprowadzili dezertera z Wehrmachtu, Belga, który się nazywał Jan de Pres. Przy mnie Jerzy go zaprzysiągł. Popatrzył na mnie: „Janek, on Jan”, to będziesz świadkiem. On nie znał naszego języka. Rządcą był pan Henryk Folak, też ukrywający się oficer. Znał niemiecki, więc rotę przysięgi przetłumaczył na niemiecki i ten Belg złożył przysięgę w mojej obecności na ten krzyż, przy Jerzym. Po przysiędze odpiął pas i w prezencie dał Jerzemu właśnie pas z kaburą i piękną, nową parabelkę. I właśnie Jerzy przyprowadził mnie do pustego pokoju. Belg poszedł do oddziału. Nie wiem, co się z nim stało.

Przełom lipca i sierpnia 1944.
W oficynie dworku mieszkał inżynier architekt Roman Bogowolski, z żoną. Przyjechali z Wilna, on miał protezę prawej nogi. Ze względu na to, że nie mógł się poruszać, wołał mnie. „Chodź, nakopiemy robaków, pojedziemy na noc na ryby, na węgorze”. Dobrze. Trzeba było zbierać rosówki. Ale już tam za często zaczęli się kręcić sowieci z NKWD, więc pan Roman wynajął sobie w Nasielanach u gospodarza izbę i tam się z żoną przeniósł. Mówi kiedyś do mnie: „Przyjdź tutaj, jest jezioro, na jeziorze wysepka, szałas, to my sobie powędkujemy”. A to było kilka kilometrów pod majątku w Punżanach. Mówię więc, dobrze. Wzięliśmy wędki, poszliśmy nad jezioro, łowimy. Pogoda się zepsuła, zaczęło padać. [Bogowolski – P.R.] mówi: „Wiesz co, nic z tego wędkowania nie będzie, wracamy”. No to ja do Punżanek znowu mam iść. Szczęście w nieszczęściu, miałem wrzód na pięcie. Tak, że szedłem, szedłem, nie mogłem dojść. Skręciłem do gospodarza, gdzie mama się ukrywała. Tam dokuśtykałem. Gospodyni dała mi coś zjeść, babką owinęła piętę. Poszedłem spać na stryszku. Rano, skoro świt zjawia się Jerzy. W koszuli, w spodniach tylko. Mówi: „Słuchaj, spałem nie w dworku, tylko obok w oficynie. Tam, gdzie pani Stasiewiczowa, żona dozorcy mieszkała. Położyłem się obok przy wejściu, w takim małym pokoiczku. Śpię, w pewnym momencie otwierają się drzwi, pani Stasiewiczowa mówi: „Panie Jerzy, niech pan ucieka. Sowietów tutaj pełno”. Chwyciłem tylko pistolet, włożyłem za pasek. Pobiegł przez ogród, dookoła jeziora i przybiegł tam do mnie, do zaścianka Balinowo. A historia miała się tak, że szwagier pani Łaszkiewiczowej, Jan Łaszkiewicz, z Białorusi przyjechał i spał w dworku. Tam na górze były takie letnie pokoiki. Sowieci przyszli w nocy i walą w drzwi. Zbiega w samej bieliźnie do drzwi. Słyszy „odkrywaj”. Szybko, do kuchni, otworzył okno, w bieliźnie na dół skoczył. Na werandzie stał Sowiet, z pepeszki puścił za nim serię. Koło jeziora, przez zagajnik, do wioski chyba Pręty to były. Tam się schował u gospodarza w łaźni. Przestrzelili mu skórę na szyi, był ranny, więc przysłał chłopaka do stryja. Niegroźnie, ale ranny. Moja siostra, Iwona Charewiczówna, sanitariuszka z torbą poszła i opatrzyła go. Jerzy nie słyszał tej serii. A oni przelecieli, wpadli, jak strzelali. Taki był układ drzwi, że jak wchodziło się do rządcówki, otwierając drzwi wejściowe, zasłaniało się drzwi do pokoju, gdzie Jerzy spał. Przelecieli przez cały budynek, nie ma nikogo. Pani Stasiewiczowa zagląda tam, a Jerzy śpi w najlepsze. Żeby wtedy nie zabolała mnie noga, może już bym nie żył. A wędkarz – pan Roman - siedział nadal tam. Później stamtąd wyjechał.

Koniec sierpnia 1944 roku.
Byliśmy z Jerzym w majątku Punżanki około 40 km od Wilna. Od 7-13 lipca trwała akcja „Ostra Brama” w Wilnie [8]. Po zdobyciu Wilna Sowieci rozbroili podstępnie naszych partyzantów [9], wywieźli do Królewskich Miednik [10]. Jerzy nie wiedział, co ma dalej robić. Odczekaliśmy kilka dni, Jerzy mówi: „Wiesz co, idziemy teraz do Wilna, ja się muszę zorientować, co i jak”. Przepłynęliśmy promem przez Wilię [11] między Balingródkiem [12] a majątkiem Punżanki i po południu już byliśmy w Wilnie. Jakieś posterunki sowieckie stały, ale nikt nas nie zaczepiał. Po drodze też nikogo nie spotkaliśmy, kto by nas zaczepił. Przyszliśmy w pobliże mostu zielonego, który był zniszczony, ale obok była już kładka drewniana zrobiona przez Sowietów. Jerzy kazał mi usiąść, mówiąc, że za jakiś czas przyjdzie. Poszedł, nie było go może ze dwie godziny. Zaprowadził mnie na [ulicę – P.R.] Kalwaryjską, po prawej były ogródki działkowe. Przenocowała mnie pani, która mieszkała tam właściwie tylko latem. Rano następnego dnia przyszedł Jerzy i powiedział, że wracamy do Punżanek. Idziemy ulicą, chcemy wyjść z Wilna, posterunki stoją, nikogo nie wypuszczają. A wpuszczają wszystkich. Co teraz robić? Jakiś gospodarz prowadził konia, trzymając na ramieniu płużek do obrywania kartofli. Jerzy wziął od niego płużek, ja poprowadziłem za uzdę konia i tym sposobem przeszliśmy łańcuch żołnierzy sowieckich. Po przeprawieniu się przez Wilię na jej lewy brzeg, pod wieczór doszliśmy do Punżan. Zobaczyliśmy w Balingródku jakieś furmanki, na których była broń i otaczających je naszych partyzantów. Jerzy kazał mi zostać na placu przed kościołem, a sam poszedł na plebanię, gdzie u księdza Kazimierza Mitki przebywało dowództwo oddziału stacjonującego przed kościołem. Po jakimś czasie Jerzy wyszedł z plebanii i kazał mi pójść drogą w kierunku wsi Nasielany, gdzie miałem się ukryć w lasku koło krzyża nad jeziorem, bo tam mieli zakopać broń partyzanci z wiadomego oddziału jadącego za mną. Było uzgodnione z dowódcą, gdzie mają zakopać, a Jerzy mi powiedział, żebym się tam ukrył. Skryłem się pod krzakiem jałowca i czekałem na oddział. Po jakimś czasie, była już szarówka, nadjechał oddział. Słyszałem odgłosy kopania łopatami, które po jakimś czasie ustały i oddział się oddalił. Poczekałem, a potem zacząłem szukać śladów dołów. Były dobrze zatarte, ale umiejscowiłem je. Było zbyt ciemno, by dotrzeć do Punżanek, gdzie czekał już Jerzy. Wobec tego przenocowałem w Balinowie i następnego dnia rano złożyłem meldunek Jerzemu o miejscu zakopania broni. Zaprzągłem kobyłkę do wozu i z łopatami udaliśmy się z Jerzym po zakopaną broń, którą mieliśmy przewieźć i zakopać w stodole w folwarku Michałowo nad Wilią, niedaleko Balingródka. Jadąc, zastaliśmy w okolicy dużą ilość żołnierzy radzieckich. Wróciliśmy do Punżanek, dopiero dwa dni później wróciliśmy inną drogą po zakopaną broń bez przeszkód. Niestety, zastaliśmy puste doły. Ktoś tę broń przed nami wykopał.

W majątku Punżanki przechowywał się pan Roman Bogowolski, architekt z Warszawy z żoną. Był inwalidą, miał protezę nogi, ale był namiętnym wędkarzem, z którym spędzałem dużo czasu na jeziorze. Z powodu zbyt częstych wizyt NKWD w Punżanach, przeniósł się z żoną do majątku Nasielany, gdzie wynajął izbę u chłopa. Zaprosił mnie kiedyś na wędkowanie na jezioro, ale z powodu deszczu i złej pogody zrezygnował. Skoro świt przybiegł do mnie Jerzy, mokry od rosy do pasa. W dworku znowu była obława NKWD. Na szczęście nie spał w dworku, tylko w rządcówce. Pani Stasiewiczowa, żona byłego rządcy, obudziła go zdążył uciec. W dworku nocował wtedy tylko pan Marian Łaszkiewicz, szwagier Haliny Łaszkiewiczowej, która akurat wtedy była w Wilnie. Gdy bolszewicy załomotali do drzwi, Marian Łaszkiewicz skoczył przez okno z kuchni w krzaki, w stronę jeziora. Bolszewik puścił za nim serię z automatu, na szczęście niezbyt celną, raniąc go niegroźnie w szyję. Rany opatrywała mu moja siostra Iwona, pseudonim Marysia, która była sanitariuszką u Mścisława. Któregoś dnia Jerzy dał mi rozkaz pójścia do wsi Magury, gdzie miał na mnie czekać Emil z aparatem fotograficznym, któremu miałem zrobić zdjęcie do dowodu tożsamości. Emil to był mąż aktorki Marysi Szejmówny. Mieszkał w Podbrodziu Sobkiszki i do niego nosiłem meldunki. Aby uzyskać nowy dowód tożsamości, musiał mieć zdjęcie. Jerzy powiedział mu: „Idź do Magur, tam będzie aparat fotograficzny kliszowy, zrobisz zdjęcie, naświetlisz kliszę i dasz ją Emilowi”. Jerzy, po pewnym czasie nie miał już parabelki, którą dostał w czasie zaprzysiężenia od Belga Jasia z oddziału „Żejmiana”, ale pistolet mauzer [13]. Na początku sierpnia 1944 r. otrzymałem od Jerzego pepeszkę [14], ale długo się nią nie nacieszyłem. Kazał mi ją przekazać Rodziewiczowi ze wsi. Pseudonimu nie pamiętam. U niego w stodole był aparat odbiorczy zasilany akumulatorkiem, na słuchawki. Prowadziłem tam nasłuch z Londynu. Był to okres Powstania Warszawskiego. Po wyczerpaniu się akumulatorka, ładował go niejaki Zając z Podbrodzia, który miał zakład mechaniczno-elektryczny. Dostałem rozkaz udania się do leśniczówki w okolice Rokit. Mieli tam czekać na mnie jacyś mężczyźni. Wyciągnęli maszynę do pisania, tę samą, na której pisałem w Punżankach i około godziny dyktowali mi jakieś rozkazy, które załadowali do koperty i kazali zawieźć Jerzemu. Wioząc ten meldunek, zostałem nieoczekiwanie zatrzymany przez oddział NKWD, który prowadził uzbrojonych bolszewików, aresztowanych naszych gospodarzy i parę wozów z bronią.. Wylegitymowali mnie, miałem fałszywą metrykę, którą Jerzy mi załatwił u księdza Kazimierza Mitki, który był proboszczem w Balingródku na Wilią. Tam miałem dwa lata ujęte, rocznik 1929. Miałem wielkie szczęście, bo oni szukali po bokach i nogawkach, a ja ukryłem ją na piersi. Kopertę tę przekazałem Jerzemu. Gdy NKWD zaczęło za często bywać w Punżankach, Jerzy zwinął nasze archiwum – segregator i ukryliśmy je na strychu w niezamieszkałej części dworku w Punżankach. Będąc tam w 1990 r. chciałem je odnaleźć. Niestety, dworek był spalony. Nie wiem, czy Jerzy przeniósł to w inne miejsce, czy spłonęło.

W październiku moja siostra Iwona, pseud. Marysia w oddziale Mścisława [15], przywiozła do sąsiadów gospodarzy w Balinowie rannego partyzanta. Była to bitwa pod Kajstoszulą. Partyzant nosił pseud. Rejtan – Ryszard Sosnowski z Kiemieliszek. Opiekowała się nim kilkanaście dni, dopóki nie wyrobiono mu papierów i nie wysłano do Wilna do szpitala. Pod jakim nazwiskiem, nie wiem. Jerzy bywał w Balinowie [16] coraz rzadziej. Nigdy nie mówił, dokąd idzie i kiedy wróci. Tylko: „Siedź na miejscu i czekaj na rozkazy”. Którejś nocy zjawił się jakiś mały oddziałek pod dowództwem „Szczerby”. Udałem się z nimi nad jezioro w pobliżu Nasielan [17], gdzie zarekwirowaliśmy kajak, który przewieźliśmy furmanką nad brzeg Wilii między zaścianek Balinowo. Więcej Jerzego nie widziałem, z krążących pogłosek dowiedziałem się, że został aresztowany i zdradzony z panią Haliną Łaszkiewiczową, w jakiejś leśniczówce, w której się ukrywali. Okazało się to prawdą, co potwierdziła pani Łaszkiewiczowa, którą odnalazłem w 1990 roku w Warszawie, dokąd wróciła z zesłania.


Ukrywałem się do pierwszych śniegów, czyli do listopada 1944 roku. Łapanka szła za łapanką. Z kilkoma sąsiadami poszedłem do Wilna, gdzie się zgłosiłem do tzw. Armii Berlinga. Z II pułkiem piechoty I Dywizji Kościuszkowskiej doszedłem do Berlina, w listopadzie 1945 roku, kiedy zostałem zdemobilizowany. Przyjechałem do Wrocławia, gdzie mieszkam do dziś.

Przypisy:
[1] Miasto na Litwie, położone w rejonie wileńskim, 25 km. na południowy – wschód od Wilna. Prawie 60% mieszkańców to Polacy. Współczesna nazwa to Nemencine.
[2] Wieś w okręgu wileńskim, 62 km. na płn. – wsch. od Wilna. Współczesna Nazwa to Punžionys.
[3] Dziś jest to jezioro Pużańskie.
[4] Pracownik rolny, zajmujący się końmi i wykonujący prace nimi.
[5] Pistolet samopowtarzalny P08 Parabellum, seryjnie produkowany w latach 1900 – 1942.
[6] 36 Brygada Armii Krajowej „Żejmiana”, działająca w okręgu wileńskim. Nazwa pochodzi od nazwy rzeki Żejmiana na Litwie.
[7] Miasto na Wileńszczyźnie, przy ujściu Dubinki do Żejmiany.
[8] Operacja samodzielnego wyzwolenia Wilna spod okupacji niemieckiej, element „Operacji Burza”.
[9]Wilno zostało zajęte przez oddziały sowieckie 13 lipca 1944 roku; aresztowania żołnierzy AK zaczęły się 16 lipca.
[10] Wieś w okręgu wileńskim, na pograniczu litewsko – białoruskim.
[11] Rzeka Litwie.
[12] Wieś na Litwie, położona 66 kilometrów na północny – wschód od Wilna, na pograniczu litewsko białoruskim, 4,5 kilometra od Punżanek.
[13] Pistolet samopowtarzalny kal. 7,65 mm., produkowany w czasie II wojny światowej przez Niemców.
[14] Sowiecki karabin maszynowy PPSz (Pistolet – Puliemiot Szpagina) kal. 7,62 x 25 mm., którego wzór Rosjanie przejęli od Finów.
[15] Miasto we wschodniej Białorusi.
[16] Prawdopodobnie chodzi o miejscowość Baliniai, położoną 36 km. na północny wschód od Wilna.
[17] Miejscowość w okolicach Balingródka.

Relację sporządziła Małgorzata Matuszewska.
Opracowanie Piotr Retecki.

Zdjęcia ( 0 )

( 0 )

( 0 )

Biblioteka ( 0 )