Joanna Damaszewska
Relacja ustna jest znakomitym źródłem w zakresie historii Armii Krajowej na terenie lwowskim. Świadek przeżył okupację sowiecką i niemiecką, a także mordy Ukraińskiej Powstańczej Armii w latach 1943 – 1944. Będąc kurierem w ZWZ - AK, świadek niejednokrotnie narażał swoje życie, unikając wielu opresji dzięki kulturalnemu zachowaniu żołnierzy Wehrmachtu bądź funkcjonariuszy UB wobec kobiety. W świadectwie pojawia się sporo przydatnych informacji, ukazujących codzienność pracy w strukturach konspiracyjnych. Świadek po przyjeździe do Polski działał w strukturach WiN - u na Śląsku.
organizacje niepodległościowe, partie polityczne: okres II wojny światowej
Właściwie zaczynałam jako łączniczka, więc… ale teraz mam [stopień – P.R.] kapitana… [W czasie okupacji – P.R.] wstąpiłam do Armii Krajowej, to znaczy do ZWZ, bo to jeszcze nie było Armii Krajowej wtedy [1]. Miałam lat skończonych czternaście, no i byłam naprzód łączniczką na terenie takiej miejscowości, w której w tej chwili byłam nawet, tam jest największy zamek na terenach wschodnich, niestety ale jest już bardzo zniszczony, tylko same mury stoją [2]. No więc tam składałam przysięgę. Naprzód byłam łączniczką, prasę przenosiłam ze Lwowa do tego Starego Sioła [3], bo w tej chwili to jest już druga miejscowość przed Lwowem od strony wschodu, Dawidów, Stare Sioło, myślę, że niedługo włączą już do miasta [Lwowa – P.R.]. Z biegiem czasu to zawsze narastały różne te obowiązki. A poza tym myślałam, że jestem w ZWZ, a potem okazało się, że ja pracuję w Inspektoracie Południowo-Wschodnim [4] i moimi dowódcami na razie tu w rejonie, raczej nie – w obwodzie, bo ja przeszłam od razu do obwodu Bobrka [5], no i tam był komendant Paweł Jastrzębski, porucznik, pseudonim „Strzała”. A ja od razu przyjęłam pseudonim „Hanka”, więc występuję wszędzie jako „Hanka”. Potem jeszcze doszły następne [pseudonimy – P.R.]. No jeździłam: Lwów, Stare Sioło, potem Bóbrka, potem [działalność] się rozszerzało, potem te wszystkie miejscowości dookoła się rozszerzały no i to trwało tak mniej…właściwie w czterdziestym wstąpiłam do tego [do ZWZ – P.R.]. Stale, narastały nowe, jakieś takie kontakty, jakieś nowe obowiązki. Bo trzeba było przenosić broń, kontaktować się z ludźmi, na przykład, każdy obwód miał jeszcze rejony, więc tak właśnie rejon Siemion, Świsz, Chlebowice, Bóbrka, to trzeba było [utrzymać – P.R.] kontakty między [obwodami –P.R.], zbierać meldunki i przewozić rozkazy.
Pierwsze takie zetknięcie, takie trochę ciekawsze, bo w zasadzie komenda Inspektoratu mieściła się we Lwowie i pierwsze moje zetknięcie, miałam [wówczas – P.R.] długie warkocze grube i byłam „ta z warkoczami”, więc pierwsze moje zetknięcie [nastąpiło, kiedy – P.R.] przyszłam do Lwowa na punkt, były punkty do których trzeba było [się zgłaszać]. No i zawsze mi otwierała ta pani, która była na punkcie. Tu mi ktoś odchyla drzwi tak bardzo lekko i od razu mówi: „I ja nie widziałem tej z warkoczami…” To ja już wiedziałam, że chodzi o mnie, już nie czekałam na nic więcej, tylko pędziłam, bo to było na drugim piętrze, na dół no i to był pierwszy moment, że weszłam, a tam był „kocioł” [czyli - P.R.], po prostu [Sowieci – P.R.] zamykali to miejsce i kto przychodził, to od razu był zabierany. Więc od razu złożyłam meldunek, że właśnie taka sprawa się stała i dostałam rozkaz ścięcia włosów. Jak przedtem byłam dziewczynką, tak potem byłam od razu, jak oni to nazywali – mężczyzną, bo miałam krótko ścięte włosy, spodnie i [byłam – P.R.] już zupełnie inna, wcale nie do poznania. I od tego momentu na wszelkie wypadek zawsze starałam się jakoś uważać, żeby jakoś spostrzec… Warto było [rozejrzeć się – P.R.] co się dzieje dookoła i wtedy dopiero się wchodziło na miejsce.
Najgorsze były takie historie… Miałam nawet u rodziny takie lokum, w którym mogłam się [schronić – P.R.]. Bo przed wojną mieszkałam we Lwowie. W trzydziestym dziewiątym roku rodzice się przeprowadzili tam, do tej miejscowości – Stare Sioło. Kiedyś przychodzę tak, miałam akurat legalizację – tam [w ZWZ – AK – P.R.] robili właśnie nowe dokumenty lewe [6]. Ja akuratnie przyszłam, a ponieważ wieczorem trzeba było zawsze uważać, bo była godzina policyjna i jak złapali [Niemcy – P.R.] na ulicy, to albo wywozili na roboty do Niemiec, albo obozu jakiegoś czy do więzienia. Pamiętam wtedy byłam dość późno wieczorem, przyszłam i okazało się, że właśnie wujek mówi do mnie; a miałam parę tych legitymacji, to znaczy to były te [sfałszowane] paszporty. I on jak zobaczył paczkę, mówi: „To możesz to od razu sprzątnąć, bo z tym to cię do domu nie wpuszczę”. Godzina pierwsza w nocy, nie wiadomo [co zrobić –P.R.], ale nie było innego wyjścia – musiałam wyjść, bo tego nie usunę. Bo akurat je z legalizacji wzięłam, a między innymi, tam w kościele św. Józefa miałam spotkanie w następnym dniu też z takim łącznikiem, który do Starego Sioła tam miał doręczyć temu naszemu komendantowi [dokumenty – P.R.], żeby [je – P.R.] rozdzielał. No więc jakoś przeszłam od jednej bramy do drugiej, nawet takie bardzo było przykre jakieś zdarzenie… bo szedł jakiś mężczyzna, prowadzili go [Ukraińcy – P.R.]. Ukrainiec jak złapał, bo była straż ukraińska, to oni prowadzili do siebie i rzadko kiedy ktoś wychodził. Także nie wiadomo było, co się z nim stało. I takie, takie właśnie w tą noc, jak przechodziłam od bramy do bramy, gdzieś tam się wciskałam, to powiedział… To słyszałam z daleka, że ktoś idzie i takiego mężczyznę jakiegoś prowadzili i on mówi: „Zaprowadźcie mnie na gestapo, nie prowadźcie mnie do siebie, tylko na gestapo, bo ja wiem, że przynajmniej stamtąd jeszcze wrócę!”
Tak jakoś potem dobiłam do tego klasztoru – tam czekał ten łącznik. Bo ja miałam potem różne takie zadania. To był już drugi rok mojej działalności, więc miałam przeważnie [przydział – P.R.] do jakichś zadań specjalnych. No właściwie z legalizacją to nie każdy mógł mieć kontakt. To ja dostawałam te kontakty takie już ważniejsze.
Ale już rok czterdziesty trzeci – koniec [roku 1943 – P.R.], czterdziesty czwarty, ja byłam też łącznikiem komendy, z komendy i do oddziałów leśnych [AK – P.R.] specjalnie [byłam – P.R.] przeznaczona do specjalnych działań. Musiałam się skontaktować z dowódcą. To właściwie z początku nawet tym porucznikiem, który tam organizował ten odział leśny, on się nazywał Panasiewicz „Śmiały”, [miał – P.R.] pseudonim „Śmiały”. I właśnie miałam ten kontakt specjalny, tylko z oddziałem, to znaczy nie tylko, ale w tym momencie tylko ja dostałam z nim się spotykałam w lesie i z komendą tego terenu, na którym [działał oddział] i do komendy we Lwowie [składałam – P.R.] meldunki, jak to wygląda, czy już jest zorganizowany jakiś tam odział i potem były następne [zadania – P.R.]. Dlatego, że [na spotkania] chodziłam nie tylko [z jednym oddziałem], bo to było tak – była kompania: pierwsza, druga, trzecia, także nie tylko na terenie tego Starego Sioła, także potem była i Bóbrka, i Świszcz, i Siemianówka nieco odległa i tam właśnie były potem takie oddziały te leśne i nimi właśnie utrzymywałam kontakt i przychodziłam do Lwowa i potem, właściwie to więcej ze Lwowem miałam łączność, jak z poszczególnymi tymi [oddziałami leśnymi AK – P.R.].
Nawet był taki moment, ponieważ [Niemcy – P.R.] wzięli zakładników – właśnie z tego rejonu, z obwodu Bóbrka – mężczyzn było około dwudziestu ośmiu, było około trzydziestu. No i ponieważ było to niby w ramach odwetu, bo został zastrzelony jeden z Niemców i potem jako odwet to wzięli zakładników. I wywieźli ich do Drohobycza [7]. Dostałam taki też rozkaz, żeby wejść w kontakt z Drohobyczem i zorientować się, czy rzeczywiście oni tam są. I ja weszłam oczywiście nawet do tego więzienia [w którym byli przetrzymywani - P.R.], weszłam i jakoś się kamuflowałam, że tak powiem. Przyszłam taka zrozpaczona, w chusteczce taka biedna, że tam mój brat jest, ja już mogę dalej… Najważniejsze było dowiedzieć, się w ogóle czy oni tam są. Bo było wiadomo, że ich wywieźli – że nie byli ani we Lwowie, ani w tych odległych [od Lwowa – P.R.] jakichś takich rejonach. No i rzeczywiście przyszłam, no i jakiś Niemiec się nade mną [zlitował – P.R.]. Ponieważ byłam młoda, może nawet nie brzydka, więc zlitował się nade mną: „Ja zaraz pójdę, zaraz sprawdzę”, no i poszedł, sprawdził. Ja już się dowiedziałam, to znowu poszłam do komendy [AK – P.R.] na miejscu tam i oni właśnie tam zorganizowali to odbicie. To było na początku czterdziestego czwartego roku.
Ja byłam prawie, bo tam od czasu miałam inne [zadania – P.R.], ale w tym okresie kiedy działa się ta akcja, to ja byłam chyba cztery razy w Drohobyczu. No i właśnie ten moment …rozmawiałam z najmłodszym z tych uwięzionych… Mówił, że oni byli bardzo przejęci, bo tak przyjechał wóz taki zakratowany, taka więźniarka, a ponieważ ja przywiozłam listę dokładnie: kogo, co i jak, więc ten [człowiek – P.R.] w mundurze oficerskim, jeden z Polaków prawda, który mówił płynnie po tego.... Szef wyczytał ich wszystkich, a oni byli bardzo zdenerwowani, że ich biorą na [ulicę – P.R.] Łąckiego. A Łąckiego we Lwowie – więzienie, to było jedno z najcięższych więzień, bo pierwsze spalono razem w ludźmi, jak pierwszy raz Ruscy odchodzili z tamtego terenu [8]. Bo tam była taka roszada prawda, że naprzód byli Rosjanie, potem byli Niemcy, potem znowu Rosjanie [9]. No i jak już wyjechali do… i w miejscowości, w trzeciej miejscowości od Drohobycza, zatrzymał [się konwój – P.R.], [dowódca – P.R.] mówi: „Rozejdźcie się , bo jesteście wolni”. Oni nie wiedzieli do samego końca, co się dzieje. I właśnie przy takiej okazji niektóry z chłopków się dowiedział, bo się tam stykałam z tymi… i właśnie jeden z takich najmłodszych, że nawet nie wiedział, że ja mogłam przyjechać tam i [wejść do więzienia – P.R.]. Tak mi się udało w jakiś sposób tamtych [żołnierzy AK – P.R.] uwolnić.
Różne były takie [zdarzenia – P.R.]. Koniec wojny zastał tak mnie między Lwowem, a tymi wszystkimi miejscowościami. Jeżeli chodzi o takie kontakty; później do Starego Sioła, ponieważ duża miejscowość była, przyjechał sztab oddziałów leśnych. Ja byłam między innymi, jako kurierka. Dlaczego byłam kurierką? Dlatego, że trzeba było przechodzić przez front, więc jak się przechodziło przez front, to już od razu kurierska była sprawa. Przeszło się i tam, i we Lwowie i poza Lwowem i tak przechodziłam. I właśnie między innymi, jak przyszedł sztab do Starego Sioła, no to znowu mnie wysyłali do następnych tych kontaktów. A już między innymi ta Bóbrka była atakowana przez Rosjan [10]. I tam była część tych oddziałów [leśnych AK – P.R.]; [wówczas – P.R.] był już inny dowódca, prawda… Tam był kapitan Proch [11]. Te oddziały miały się wszystkie połączyć. Ale niestety tam szybciej to się jakoś stało, Ruscy, jak oni pomagali, ponieważ tak było powiedziane, że jak potrzeba będzie wsparcia dla Ruskich, to oddziały się podporządkują [12]. I jak już te oddziały się tam podporządkowały, to oni zagarnęli do siebie i już nie było możliwości ich włączyć do partyzantki polskiej [13].
Trzeba było pamiętać o tym, żeby nie wpaść w ręce właśnie ukraińskie. Zresztą o takim Hanyczowie [14], który był częściowo wymordowany, no Hucisko [15] to zupełnie Ukraińcy wymordowali - tam zostało parę tylko osób, które gdzieś tam się schowały. I zresztą makabrycznie… mężczyznom ucinali głowy przy dzieciach, a potem to wszystko już… także trzeba było po prostu pilnować, żeby po prostu nie wpaść [16].
A pomimo wszystko, musiałam od czasu do czasu, już po mordach, zjawić się tam i mniej więcej zorientować się, jak wygląda sytuacja. Także nie mogłam sobie tak ominąć zupełnie, tylko już jak było po mordach. Właśnie to Bóbrka, Stare Sioło i Chodorów [17], to bardziej na południe i zachód była Siemianówka. I właśnie przeszłam do Siemianówki, już tak szłam na ogień, bo wiadomo, że to mordują ci Ukraińcy. A w tej Siemianówce częściowo potem, bo tam był [zlokalizowany – P.R.] oddział dość bardzo, dość silnie.. tej partyzantki, to był oddział Lecha. No i było to tak, że jak ja szłam, to po prostu szłam na ogień, bo przeważnie szłam nocą, bo nocą było najwygodniej, bo zawsze gdzieś tam się bardziej człowiek mógł schować. Zresztą jak o godzinie dwudziestej dostałam rozkaz przejścia do Siemianówki, ponieważ tam już ci Rosjanie część partyzantki wchłonęli do siebie [18], a część aresztowali. I trzeba było tych [żołnierzy AK – P.R.] zawiadomić, do których jeszcze Rosjanie nie doszli. Więc ja przyszłam tam do [Siemianówki – P.R.]. To był czterdziesty czwarty [rok – P.R.] wszystko w czterdziestym czwartym. Kiedyś spotkałam się z tym dowódcą [AK z Siemianówki – P.R.]. Ponieważ nie mogłam dojść we Lwowie do punktu, który był w Rynku. A to była linia frontu, na dole byli Ruscy, na ratuszu jeszcze byli Niemcy i oni się ostrzeliwali i ja nie mogłam wejść, ponieważ bramy wszystkie były zamknięte. To właśnie ten dowódca [z Siemianówki – P.R.], który był w Siemianówce powiedział: „Wiadomo! Kobieta – nie doszła!”. Potem, jak przyszłam do Siemianówki, podczas tych mordów ukraińskich, on jak mnie zobaczył, mówi: „Ty, jakbyś dostała rozkaz, to byś nawet do piekła doszła!” .
I w końcu potem [walki trwały – P.R.] częściowo, to znaczy one trwały już cały czas, bo właściwie tam ta partyzantka najbardziej była utrzymywane ze względu na mordy ukraińskie. Był właśnie już w czterdziestym piątym roku właśnie zaczęli Ruscy [atakować – P.R.]. Front już dawno nie istniał prawda, ale Ruscy zaczęli właśnie wyłapywać prawdopodobnie bandytów z lasów i między innymi byłam w Brzozdowcach, to też była tak na południe najbardziej wysunięty punkt inspektoratu południowego [AK – P.R.] i jeszcze wieczorem właśnie przyniosłam rozkaz, żeby oni [żołnierze AK – P.R.] się przenieśli, bo na tym terenie Ruscy już robią czystki. I ja przyszłam, to jeszcze chłopcy zeszli się tam, a w rejonie komendantem był ksiądz, więc tam na plebanię wszystko się zeszło, bo jeszcześmy rozmawiali i wyszli gdzieś po godzinie dziesiątej, a tak już koło dwunastej [trwała – P.R.] taka kanonada nie z tej ziemi. Okazało się, że chłopcy się nie zdążyli przenieść z jednego miejsca na drugie, [Sowieci – P.R.] rozstrzelali cały oddział, z tego został jeden [człowiek – P.R.], którego trzymali potem w puszce i on zginął w więzieniu i prawdopodobnie jeszcze dwóch się widocznie tego uchowało i tam potem ci chłopcy leżeli, nie wolno było ich chować na tych na polach. Bo jeszcze trochę śniegu było, to był marzec, na początek marca. No i właśnie tak wyglądały tamte sprawy.
W końcu przyszli Ruscy i zaczynają tak przynosić buty, akordeon, ten który chłopcy mieli ze sobą. A komendant partyzantki był [to – P.R.] chłopak, który miał pseudonim „Tancerka”. I tak on przychodzi, ma akordeon i ja mówię: „No już po wszystkim…”? A on tak przechodzi, otwiera drzwi i mówi: „Ja tancerkę dziś ubił!” i [nastała – P.R.] konsternacja, bo nie wiadomo, co zrobić. Ja mówię, ale to był taki odruch: „Jak to? Jak mogłeś zabić? Jak mogłeś zabić tancerkę? Jak tańczyła?!” Dosłownie tak powiedziałam. On się tak na mnie popatrzył, złapał się za głowę, uważał, że ja jestem troszeczkę nie tak… No ale potem to rano było, a ksiądz mówi: „To jesteście jeszcze wy na służbie, ja tez pójdę jeszcze na służbę”. Tak jak poszedł do kościoła, tam był bunkier . [Ksiądz – P.R.] wszedł do tego [bunkra – P.R.] i tak czekają, kiedy on wyjdzie, kiedy nie wyjdzie. Nie wyszedł, więc zaczęłam [uciekać – P.R.] tam stał ten kościół, zaczęli [mnie gonić – P.R.]. Ponieważ tam już były tylko pola dookoła, więc trzeba było się wydostać. Wtedy udało mi się uciec.
A ten ksiądz był prawie dwa miesiące w tym bunkrze, ale jednak przyszedł do nas. We Lwowie to ja mieszkałam z drugą łączniczką; i tam w naszym pomieszczeniu był po prostu taki punkt – także przychodzili z terenów i odbierali od nas te wszystkie rozkazy i przynosili meldunki, a myśmy już tam przenosiły. Z tym, że to były takie [spotkania – P.R.] centralne. Nawet były takie spotkania komendantów rejonów, obwodów. Między innymi, tak się zdarzyło, że ja dostałam właśnie wtedy Krzyż, bo wcześniej dostałam Krzyż Walecznych, a właśnie w czterdziestym piątym roku dostałam Krzyż Virtuti Militari. Tam dostałam. I wtedy właśnie Ruscy byliby nas zamknęli. Bo przyszedł też z Siemianówki, był aresztowany komendant i przychodzi… też była konsternacja: co jest? Czy ktoś za nimi idzie? I komendant tego inspektoratu i z tych wszystkich oddziałów [byli tutaj – P.R.]. A ten przychodzi, wiadomo, że jest aresztowany i tego czy coś wiedzą? A on [komendant z Siemianówki – P.R.] nam: „Wszystko wiedzą” [19] – powiedział do nas. No i tak potem, powolutku po jednym tak zostałam na końcu stołu z drugą łączniczką. Jeszcze wszystkie jakie papiery, najmniejszy papierek, wszystko było tak sprzątnięte dokładnie i [spakowane – P.R.] walizę, bo już nie było możliwości gdzieś czy spalić [tych dokumentów – P.R.], czy coś takiego. Tak się udało, że wszyscy zdążyli opuścić to mieszkanie. Też było na drugim piętrze. A my zeszłyśmy o piętro niżej, tam inżynier mieszkał, przypuszczalnie też pracował i my z tą walizą [zapytałyśmy – P.R.]: „Czy możemy na chwilkę wejść”? Tylko zamknęłyśmy drzwi, słyszymy, że tam już po schodach ktoś idzie i zaczynają się do nas dobijać o piętro wyżej i myśmy przeczekały tylko chwilkę, jak oni [Sowieci – P.R.] się dobijali do drzwi, ale nie zostałyśmy tam, udało nam się uciec.
Później przeszłam na taki punkt, gdzie profesor Tulie wyjechał już na Zachód i tam była jedna z pracownic z uniwersytetu i znałyśmy ją. Prędko przeszłyśmy tam, we Lwowie na ulicy Marka. Bo myśmy mieli ten punkt na ulicy Sakramentek. Były też kontakty z [siostrami – P.R.] bernardynami. Też taki był dziwny [przypadek – P.R.] bo kiedyś, ponieważ przeor nie wiedział, że tam się dzieją różne takie rzeczy na powielaczu. Ja siedzę kiedyś już tak, prasa idzie, my jesteśmy w kontakcie, słychać a to było zaraz za sekretariatem w zakonie. Słychać, chyba idzie…[przeor – P.R.], trzeba było żeby przypadkiem nie było jakiego światła, więc kocami pozasłaniane, drzwi też… A on przyszedł do tego [pomieszczenia – P.R.]. Najbardziej z nami kontaktował się, zresztą należał do nas ojciec Placyt. Przyszedł ten opat i mówi: „No! Ja nie wiem, co ja temu Placytowi…gdzie on te klucze położył?” A my tu jesteśmy zamknięci z drugiej strony. Słychać było, jak się wszystkie szuflady otwierają, wszystko tętniło. „Ja go [Tacyta – P.R.] chyba z tego Krakowa wyrzucę”. [Wsparcie Kościoła – P.R.] mieliśmy cały czas, utrzymywaliśmy do samego końca. Teraz niestety [w tym miejscu – P.R.] jest cerkiew.
We Lwowie wychodziłam stale w teren, bez przerwy wychodziłam w teren, miałam te takie rozkazy. No i ostatnim rozkazem ze Lwowa to [było – P.R.] właśnie już jak byliśmy na [ulicy – P.R.] Marka, to trzeba było przewieźć archiwum na Zachód. Ruscy zrobili nam rewierkę [20] dokumentów, [skontrolowali – P.R.] wszystko. A ja jeszcze nie miałam żadnego paszportu, koleżanka miała już wszystko wypisane, bo myśmy to wszystko na lewo [załatwiały – P.R.]. A była taka Zosia, która załatwiała w PUR - e [21] i okazało się potem też, ten moment pamiętam dokładnie, bo jeszcze byłyśmy na [ulicy – P.R.] Sakramentek, jak ona koniecznie chciała, żebym ja do niej przyszła, a ja byłam w terenie – nie mogłam. Przyszedł jeszcze ten dowódca z legalizacji i zastępca tego komendanta z inspektoratu. I [mówi – P.R.], że ja koniecznie tam musze być. Ten z legalizacji poszedł pierwszy. Mówię, bo ja akurat z terenu przyszłam. Bo ja nie mogę tak przecież, to przynajmniej zetrzeć się trochę [musiałam – P.R.]. A ten mówi, to dobrze, to ten zastępca komendanta został ze mną, mówię: „To my tam dojdziemy”. My przychodzimy już na ulicę, bo to było na Kochanowskiego, dwie ulice trzeba było przejść, przychodzimy, patrzymy, a ich jego do auta wsadzają [Sowieci – P.R.]. Tak udało nam się po prostu [uniknąć aresztowania – P.R.], dlatego że ja się nie zdążyłam [dojść – P.R.]. No potem zresztą udało się przekazać tam broń do tego, ponieważ było więzienie takie, w którym za murem więziennym były budynki i myśmy [przenosili broń – P.R.] przez piwnice, wszystkimi możliwymi środkami, jak wydostawało. My już przeszłyśmy – już jesteśmy z [ulicy – P.R.] Sakramentek na [ulicy –P.R.] Marka, no i stamtąd właśnie, jeszcze w nocy mieliśmy tę perwierkę [22] dokumentów. I też, też [była – P.R.] taka śmieszna historia, bo ja nie miałam nic [żadnych dokumentów – P.R.]. Właśnie ten ksiądz z Brzostowic kiedyś mi taką metrykę wystawił na nazwisko Kozłowska Katarzyna…Stanisława, przepraszam. Potrzebne mi było, bo ja tez tak z ulicy zabrana i później mówiłam już ze musze mieć jakieś dokumenty. I ja miałam tylko tę metrykę po łacinie. A ta moja wspólniczka, ta druga łączniczka miała już dokument, bo mieliśmy na następny dzień już wyjechać. Znaczy bo myśmy nie [wyjeżdżały – P.R.] ze Lwowa bezpośrednio, bo dlatego że już były te [sowieckie – P.R.] aresztowania, więc myśmy [pojechały – P.R.] do Sichowa, z Sichowa dopiero się przewoziło. No i ja nic [przy sobie nie mam – P.R.]. I tak pokazuje [tą metrykę – P.R.], a ten taki Ruski usiadł sobie, a była taka dozorczyni, która koniecznie chciała się nas pozbyć i ona tam coś tam z nim rozmawiała, z tym dowódcą tej perewierki i ten żołnierz podchodzi do tego i mówi, że czemu ja mam takie dokumenty, mówi [do mnie – P.R.]: „Czy to ważne?” A ja mówię, że ważne. Bo tamten, starszy, tak ogląda, w tą stronę, tak w tę stronę i taki ważny jest. I mówi: „No da, no da”. Ten [Rosjanin – P.R.] mówi – tak, że to jest ważne. I takim sposobem mi się udało, bo jeszcze mógłby mnie zabrać przecież.
No i rano już podjechał wóź to myśmy nawet z balkonu, bo to na pierwszym piętrze, [wrzucały tam – P.R.] takie różne rzeczy, a tam już podjechał, a to była skrzynia niecałe dwa metry, tak jak, mniej więcej jak szafa duża i wysoka. I to tam właśnie to przewoziliśmy na Zachód. Z Sichowa już do Mościsk [23] i na granicę.
Naprzód przyjechałam, rodzice byli pod Kluczborkiem [24], w takiej wsi, ponieważ siostry mąż organizował szkołę. A już jeżeli chodzi o mnie to, matka to była dowiedziała się , bo tam ktoś powiedział już, że ja już jestem aresztowana. A rzeczywiście ściągnęli mnie gdzieś tam z ulicy, dwa tygodnie siedziałam tam [w więzieniu – P.R.] u Ruskich. No i, jak przyszłam, to znaczy ja przyjechałam najpierw do Gliwic [25], ponieważ ten były, pierwszy mój komendant Jastrzębski Paweł, „Strzała”, on tak przewoził te z PUR - u tą ludność ze Wschodu, był takim, takim [szefem transportu – P.R.]. No i naprzód zajechałam do niego – do Gliwic. Przyjechałam do Gliwic i tam się dowiedziałam, gdzie [są moi – P.R.] rodzice. No i potem tez tak, przyjechać to nie było tak łatwo, dostałam się i też takie pierwsze spotkanie z rodzicami… Poszłam od razu, naprzód do kościoła się pomodlić, że już jestem, że udało mi się. I potem poszłam na wieś, gdzie [była – P.R.] szkoła… Tylko wyszłam na moment no potem powiedzieli mi, że to przecież tutaj [jest kościół – P.R.] no i wróciłam. A w miedzy czasie już ksiądz przeszedł z tego…a ksiądz mnie znał jeszcze ze Wschodu bo tam gdzieś w jakiejś wsi wiedział, że jest taka i przyszedł do domu i mówi:„Pani Damaszewska, niech pani prędko biegnie, do domu, do kościoła, ale to natychmiast!” A ja w międzyczasie zdążyłam pójść na wieś, wrócić do domu, wrócić z powrotem, już z siostrą rozmawiam, a mamusia za chwilę przychodzi, ja tam przychodzę i mówi: „Mamusia”, a ktoś powiedział że ja już nie żyję, że mnie aresztowali, że ja już na pewno nie żyję. Ja krok w stronę matki, a ona w stronę do tyłu… Ja mówię: „Przecież ja się chciałam przywitać”, dopiero siostra [mi powiedziała, co myślała mama – P.R..]: „Ja myślałam, ze to duch” - tak mnie moja mama przywitała na Zachodzie.
Stamtąd [ze Wschodu – P.R.] przyjechałam bardzo chora. Leżałam w szpitalu w Kępnie [26] prawie pół roku. Przyjechałam do domu właśnie z powrotem do rodziców i przyjechali z Gliwic i mówią, że jest w tej chwili taka sytuacja, że my nie mamy żadnego łącznika między [obwodami – P.R.]. Ja przyjechałam i to był eksterytorialny oddział AK-Lwów, który potem został Win – em [27]. Lekarz kazał mi się, kazał mi się jeszcze nie obracać, bo dostałam zapalenia otrzewnej, to strasznie ciężka choroba i strasznie bolesna. No ale ja natychmiast pojechałam i z początku było ciężko i to wtedy na terenie właśnie tak Gliwic i okoliczne te miejscowości, Koźla…[28] To wszędzie trzeba było, bo znowu dowódcą było w Gliwicach. Już tak było na tym terenie, teraz [woziłam – P.R.] meldunki, na przykład z Niwki, jak[a jest sytuacja – P.R.] w kopalniach, jak z Koźla [29] to jakie [tam były – P.R.] przejazdy, jakie [jeździły – P.R.] pociągi, ile [przewoziły – P.R.] wojska. Także na całym terenie właśnie, co się działo, jak się działo…to było moje [zadanie – P.R.]
W międzyczasie jak jeszcze byłam w Gliwicach, to od razu dostałam się na studia. Bo w między czasie, cały czas we Lwowie, jak tylko był wolny czas, to od razu byłam na uczelni także tego…Właściwie to może jeden rok straciłam w sumie, a tak poza tym stale byłam [kurierem – P.R.]. Potem okazało się, że zaczęli aresztować. Aresztowali już dowódcę, który był już w zielonogórskim. No i po prostu dostałam rozkaz, żeby przenieść się do Wrocławia i tu zaczęłam. To był rok czterdziesty szósty. W czterdziestym szóstym właśnie przyjechałam do Wrocławia. I tu znowu niby na uczelnię. Przecież wszystko było związane z moją nauką Tam na Wschodzie też tak, jak trzeba było przewozić broń, paczki, to przychodziłam na stację, że do [idę – P.R.] szkoły… ja do szkoły mam takie ciężkie książki, że ja nie mogę przenieść…I w taki sposób zawsze mi się udawało… Tu troszeczkę było o tyle gorzej, że ja nie dostawałam żadnego stypendium, ani nic… Potem nawet zostałam młodszym asystentem już na uczelni, ale okazało się, że mego profesora zastraszano, on był chory, po chemii. No i jak byłam jeszcze z koleżanką, Komorowską, byłyśmy, bo on prowadził, bo ja jestem rzeźbiarką z zawodu…To myśmy [prowadziły zajęcia – P.R.] – ja prowadziłam pierwszy i drugi rok, rzeźbę monumentalną, a ona trzeci i czwarty. No i myśmy tego… kontakty z profesorem, szpital i w końcu jemu zabrali dokumenty i jakoś skończyło się bardzo przykro.
I w końcu wyszło tak, że dostałam takiego „anioła stróża”, który bez przerwy za mną chodził uczelni, także nie bardzo się to wszystko udawało. Ale jakoś mi dawali spokój. Nikt mnie nie wzywał za bardzo, tylko od czasu do czasu były jakieś takie pogadanki. Ale potem okazało się, bo ojciec przed wojną był archiwistą w Sądzie Grodzkim i tutaj potem też we Wrocławiu też był archiwistą w Sądzie Grodzkim i okazało się, że jak były tu aresztowania i były te wszystkie sądy, to on dostawał akta bezpośrednio z wokandy schodziły do niego. Potem, jak się zaczynał następny dzień czy tam za tydzień to z powrotem. Te wszystkie akta były bardzo ciekawe, więc ja zawiadomiłam oficerów, że mają przyjechać i ojciec ich zamykał z tymi aktami w jakimś pokoju i oni wiedzieli. I potem była cała taka historia, że trzeba było zawiadamiać, bo jak już zaczęło się mówić o kimś, który jeszcze nie był aresztowany, więc trzeba było go zawiadomić, że ma się gdzieś przenieść, bo znowu będzie akcja, jakaś tego…No właściwie to już była moja sprawa, że ja musiałam jeździć zawiadamiać.
A potem w końcu doszło do tego, że między innymi właśnie, został aresztowany ten Jastrzębski z Gliwic i tutaj miał rozprawę no i nie mógł powiedzieć, że on mnie nie zna. Więc wskazaniem było dokładnie mnie opisać. Więc, jak on mnie dokładnie opisał, to ojciec przyszedł do domu i mówi: „Ty nie masz prawa być we Wrocławiu”. Więc ja, w takim wypadku, tylko walizkę i wyjechałam do Nysy [30]. I tam jeszcze właśnie te kontakty trwały do pięćdziesiątego szóstego roku, że zawsze tak jeździłam, bo był jeszcze komendant mój ostatni, on był tak chory… No chcieli go aresztować, ale już z łóżka go nie zbierali.
Kontakty jakieś były, że jak coś trzeba było [załatwić –P.R.], to jeszcze nawet nad morze jeździłam, żeby zawiadamiać o tych wszystkich sprawach. Było o tyle dobrze, że właśnie można było tak wyjść i nikt tego, nikt nie mógł tego rozszyfrować, że to jest tak. Do Wrocławia się przeniosłam w siedemdziesiątym roku, bo ja wyjechałam w pięćdziesiątym piątym wyjechałam z Wrocławia do Nysy. A w siedemdziesiątym ojciec zmarł, ja przyjechałam tutaj. A ojciec zawsze temu naszemu administratorowi zawsze wszystko tam załatwiał, jak coś trzeba było, a ja przyjechałam i nie wolno było się, po prostu przez dwa lata nie chcieli mnie zameldować we Wrocławiu, absolutnie. Także zameldowałam się u profesorów na Krzykach. Mamusia była sama, przychodziłam do domu, ale oficjalnie mieszkałam na Krzykach. Tak wyglądało moje życie.
Przypisy:
[1] Armia Krajowa powstała 14 lutego 1942 roku w wyniku przekształcenia Związku Walki Zbrojnej, który powstał 27 września 1939 roku.
[2] Chodzi zapewne o miasto Brzeżany na Podolu, gdzie mieściła się jedna z największych rezydencji magnackich, zbudowany przez Mikołaja Sieniawskiego w 1554 roku. Został zdewastowany, kiedy jego właścicielem był Aleksander Potocki, powstaniec w 1830 roku i emigrant.
[3] Miejscowość na zachodniej Ukrainie, w dorzeczu Dniestru. W czasach I Rzeczypospolitej w Starym Siole znajdował się zamek Sieniawskich i Pasławskich.
[4] Okręg AK Lwów był podzielony na następujące inspektoraty: miasto Lwów, Lwów powiat, północny, północno – zachodni, zachodni, południowo – zachodni, południowy – Bóbrka i wschodni. Inspektoraty były podzielone na obwody.
[5] Obwód Południowy Bóbrka, wchodził w skład struktury organizacyjnej Okręgu AK Lwów.
[6] ZWZ – AK dysponowały komórkami legalizacyjnymi, które produkowały sfałszowane dokumenty dla działaczy podziemia.
[7] Miasto w południowo – zachodniej części Ukrainy. W strukturze AK było siedzibą obwodu, należącego do Inspektoratu Południowo – Zachodniego.
[8] http://www.lwow.com.pl/, zakładka biblioteka lwowska Jerzy Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką 1939 – 1941: „W trzecim więzieniu przy ul. Łąckiego ocalało zaledwie kilka osób, które udając zabitych upadły między trupy. Tak przypuszczalnie ocalili się dwaj radiotelegrafiści - „druciki" - przydzieleni pik. Okulickiemu w drodze do Lwowa. W więzieniu tym pastwiono się nad mordowanymi więźniami, przybijano ich do ścian, kobietom obcinano piersi...”.
[9] 22 września 1939 roku Lwów został zajęty przez oddziały Armii Czerwonej. 30 czerwca 1941 roku do miasta wkroczyły wojska niemieckie i ukraińskie. 27 lipca 1944 roku Lwów został ponownie zajęty przez Armię Czerwoną.
[10] Czyli w drugiej połowie lipca 1944 roku.
[11]Kapitan Staub ps. „Proch”, w lipcu 1944 roku był dowódcą 1 kompanii 40 pułku 5 Dywizji Piechoty.
[12] Chodzi o rozkaz dla oddziałów AK współdziałania z jednostkami Armii Czerwonej w zakresie walki z wycofującymi się oddziałami Wehrmachtu, co było zasadniczym celem akcji „Burza”.
[13] Po ujawnieniu się, oddziały AK były przez Sowietów aresztowane i stawiano im warunek: służba w komunistycznym wojsku polskim, albo deportacja na Wschód.
[14] Najprawdopodobniej chodzi o wieś Hanaczów na Wołyniu.
[15] Wieś w zachodniej Ukrainie. 12 kwietnia 1944 roku doszło tam do mordu Ukraińskiej Powstańczej Armii na Polakach.
[16] http://www.lwow.com.pl/radio/huciska/huciska.html: „Tego tragicznego 12 kwietnia 1944 roku miałam 13 lat i mieszkałam z rodzicami w polskiej wsi Hucisko. To, co widziałam i przeżyłam pozostało mi na zawsze w pamięci i nigdy o tym, co się wtedy zdarzyło nie zapomnę. Około godziny 13.00 do naszej wioski nadciągnęły hordy banderowskich rezunów. Bez żadnego ostrzeżenia zaczęli palić kolejno domy od krańca wsi. Zabierali mężczyzn, a do uciekających strzelali jak myśliwi do kaczek. W ten sposób zabili wielu mieszkańców. We wsi wybuchła panika. Jedni uciekali, drudzy ukrywali się w różnych kryjówkach, inni biegli powiadomić o niebezpieczeństwie sąsiadów i krewnych w głębi wsi, gdzie nie było jeszcze rezunów ukraińskich. Szczęście mieli jednak ci, którzy o tej porze znajdowali się poza domami w głębi wsi. Tak było z moim ojcem, który udał się do szewca w głębi wsi, a gdy nastąpił napad ukrył się do pobliskiego lasu i tam ukrył się w leśnej gęstwinie, dzięki czemu przetrwał, aż do rana następnego dnia. Ja z mamą, gdy dom nasz zaczął się palić, uciekłyśmy z kuchni do piwnicy i tam ukryłyśmy się. Na szczęście, dzięki niewielkiemu otworowi do wsypywania ziemniaków, miałyśmy dostęp do świeżego powietrza. To nas ocaliło od uduszenia się dymem z płonącego domu. W piwnicy przesiedziałyśmy aż do rana. Nagle usłyszeliśmy ciche wołanie. To był głos naszego ojca, który powrócił z lasu i nas wołał. Jak potem nam powiedział, był pełny złych przeczuć, i sądził, że my juz nie żyjemy. Był to głos rozpaczy. Po wyjściu z piwnicy to co zobaczyłam było straszne. Wszystkie domy były spalone, mężczyźni którzy schwytani przez banderowców zostali zamknięci w jednej ze stodół i tam dokonano masakry. Odcięto im uszy, nosy, wydłubano oczy, niektórych przecinano piłą stolarską, odrąbywano ręce i nogi, rozpruwano brzuchy jak np. Wawrzyńcowi Blachowskiemu, leżącemu pod płotem, wyszarpnięto wnętrzności i zawieszono je na sztachetach płotu. Mego wujka, brata mojej mamy, banderowcy dogonili pod lasem i tam zarąbali siekierami. Wokół były zgliszcza i trupy ludzkie. 13 kwietnia 1944 roku wszyscy, którym udało sie przeżyć ten bandycki napad, opuszczali stopniowo wieś, udając się do innych polskich wsi, jak do Zubrzyc, Sokolnik i do Lwowa. Ja z rodzicami wyprowadziłam się do Lwowa, gdzie zamieszkałyśmy u naszej ciotki, aż do wyjazdu do zachodniej Polski w 1945 roku. Uważam, że o zbrodniach ukraińskich rezunów nie wolno nam milczeć, ani zapomnieć chociażby dlatego, że ze strony sprawców taj tragedii dotychczas nie padło słowo – przepraszamy, wręcz odwrotnie – szukają oni usprawiedliwienia dla swoich zbrodni, a nawet szczycą się tym". Zob. S. Siekierka, H. Komański, K. Bulzacki, "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939-47".
[17] Miasto na Ukrainie w obwodzie lwowskim.
[18] Nie wiadomo, czy świadek ma na myśli wchłonięcie oddziałów AK bezpośrednio do Armii Czerwonej, czy też do I Armii Wojska Polskiego.
[19] Chodzi o NKWD.
[20] Rewizję.
[21] W Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym.
[22] Czyli rewizję.
[23] Miasto w zachodniej Ukrainie, w obwodzie Lwów, przy blisko granicy polsko – ukraińskiej.
[24] Miasto w województwie dolnośląskim, w powiecie kluczborskim.
[25] Miasto w województwie śląskim, w powiecie gliwickim.
[26] Miasto w województwie wielkopolskim, w powiecie kępińskim.
[27] Zrzeszenie Wolność i Niezależność, pełna nazwa to Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezależność”. Zrzeszenie zostało powołane 2 września 1945 roku.
[28] Kędzierzyn – Koźle, miasto w województwie opolskim, w powiecie kędzierzyńsko – kozielskim.
[29] Kędzierzyn – Koźle powstało w 1975 roku z połączenia czterech osobnych organizmów administracyjnych: Kędzierzyna, Koźla, Sławęcic i Kłodnicy.
[30] Miasto w województwie dolnośląskim, powiecie nyskim.
Relację sporządziła Marta Cieciorko.
Opracowanie Piotr Retecki.




Powrót do góry